piątek, 9 września 2016

Nie ma "sceny końcowej"...

Się mnie przytrafiło kolejne (drugie konkretnie) "pożegnanie lata".
Morze mnie zawołało...
Odwiedziłam Łukęcin i Dziwnówek :)
Z aparatem za pazuchą :)))))
Prawdę mówiąc - bez entuzjazmu. Ileż można fotografować morze. Mimo, że je kocham miłością wielką...
...ale... ale...
Się rozkręciłam szybciutko :D
Wariactwo mam we krwi, rzec by można...

Towarzyszył mi krzyk odlatujących żurawi...












































































Nigdy nie dojdziesz do takiego punktu w swoim życiu, gdzie wszystko będzie rozwiązane i ładnie zawiązane na kokardkę. W tym rzecz. Nie ma „sceny końcowej”, a tylko toczący się film przygodowy, nigdy nie rozwiązany. Uczysz się kochać bałagan swojego życia, jego nieustająco zmienną naturę, jego nieprzewidywalność. I stajesz się jako niezmienna cisza w samym środku sztormu, szeroko otwarta przestrzeń, w której radość i ból, ekstaza i agonia, znudzenie i zachwyt, mogą napływać i odpływać jak fale oceanu. Żadne problemy nie istnieją, jeśli rozpoznajesz siebie jako przestrzeń dla tego wszystkiego.
Jeff Foster
"Tak! Kochaj, to co jest"
                                              



Lato idzie sobie gdzieś na drugą półkulę...szkoda. No szkoda.
 Jednak świat póki co jeszcze sobie trwa, niebawem jesień nadejdzie i kolejne życiowe cykle.
"NIE MA SCENY KOŃCOWEJ".............................

Słońca Kochani :)
Słońca w sercu i Słońca na niebie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz